|
*** Dzień zaczął się przygoda z wazonikiem rozbitym na jej głowie. Pośpiesznie biegła do pracy nie mogąc się spóźnić. Weszła do biura i jak co dzień włączyła swój komputer. Przeczytała służbowa pocztę by później wejść na stronę prywatnej poczty. Przebiegła posty z listy dyskusyjnej genderu by nagle zauważyć oczekiwanego nadawcę. Zaczęła czytać ciesząc się ,że wrócił. Lubiła jego listy ,zawiązała się miedzy nimi tajemnicza wieź. Jego słowa i jej słowa splatały się w interesujący dialog. Pospiesznie sprawdziła kalendarz służbowych zajęć na piątek i odłożyła sprawy mniej ważne na poniedziałek. Otworzyła nadesłany plik książki i zatopiła się w słowach. Początek znała już z wcześniejszego listu teraz odnalazła ciąg dalszy wątku Pani swojego czasu. To co pisał było jej znajome, odnajdywała tam sytuacje jakie zdarzają się na chatach. Zwykła rozmowa, która powoli zamienia się w szczególną bliskość, gdzie słowa inspirują, dają pożywkę wyobraźni, rodzą nadzieję. Czasami w takich rozmowach słowo- klucz otwiera drzwi do zamkniętych wcześniej emocji lub tworzy zawartość kolejnej szuflady życiowego doświadczenia. W jego słowach odkrywała wrażliwość, tęsknotę, zmysłowość .Czytając wyobrażała sobie jak wygląda. Jak pisał poszczególne rozdziały .Odnajdywała w nim to co było jej znajome. To co odczuwała sama w pewnych sytuacjach . Znalazła tam również tekst, który jej przysłał o deszczowej dziewczynie z szyby okna, jak i porównanie jej zdjęcia z tancerka Degas. W międzyczasie zajrzała na stronę "taki nikt" i przeczytała tekst Bo-ja pt ."Gołąb". Historia o gołębiu skłoniła ja do rozmyślań o świecie netu, o czatach, ircach i różnych komunikatorach. Czy chat to gołębnik? Zawsze ceniła swoja niezależność, pilnowała by nikt nigdy nie manipulował nią. Dlatego uważała żeby nie przekroczyć strefy jej prywatnego życia. Lubiła malarstwo od dawna. Często zaglądała do galerii by móc spokojnie stanąć przed ulubionym obrazem i zatopić się w nim cała. Kochała impresjonistów, błękity, żółcie , zielenie intrygowały ją. Czuła się jak słonecznik na zielonej łące pełnej złocistego słońca. Znała biografie wielu malarzy i wiedziała ,ze Ci co tworzą rzadko bywają szczęśliwymi ludźmi. Myślała, że to jest cena bycia innym niż zwykli ludzie. Kochała muzykę , dzięki muzyce potrafiła pisać. Wystarczyło ,ze usłyszała dźwięk , który ja inspirował a słowa kaskadami spadały na kartkę papieru. Słowo było jej oddanym przyjacielem, kochankiem i mężem. Nigdy jej nie zawiodło. Czytała książki odkąd sięga pamięcią. Świat słów zapisanych na kartkach wprawiał ją w doskonały nastrój, dzięki któremu zapominała o teraźniejszości. Kiedyś śniła sen, że jest w olbrzymiej szklanej kuli, która była wielką biblioteką. Na setkach półek widziała rzędy książek. Stała na wysokiej drabinie i dłonią sięgała po kolejna książkę. Kiedy już ją trzymała odczuwała radość i błogostan. Książki traktowała jak swoje dzieci, dbała o nie, były najważniejsze. Chcąc opuścić bibliotekę trafiła na olbrzymie szklane drzwi, nie mogąc ich otworzyć zaczęła uderzać z całej siły rękami w szklaną tafle , szkło pękło a na progu leżał zloty klucz. Kiedy sięgnęła po niego rozbłysło piękne słońce... Lubiła rozmowy o sztuce, filmie, muzyce, psychologii, a kiedy rozmowa zbaczała na inne tory kończyła ja zdecydowanie .Chcąc być bardziej anonimowa przyjęła nick "sekret" . Kiedyś sądziła że chat będzie miejscem rozważań na rożne tematy, a on był miejscem zupełnie innym. W kolejce po czatowa miłość stały kobiety i mężczyźni , pragnący akceptacji i miłości, której nie zaznali w życiu. Odeszła z tego miejsca bo czuła się tam inna .Nie pociągały ja plotki i intrygi. Jest tyle rzeczy do przeczytania, obejrzenia, wysłuchania, a czasu coraz mniej... Nesma , Anno Domini 2004 Kochane Dziewczyny! Wy, to macie dobrze! Na dworze zimno, albo prawie zimno, w mieszkaniu buzuje piec albo kaloryfery cieplutko nagrzane....Naokoło przedświąteczny nastrój. Lśnią wypucowane szyby okien, podłogi świeżą pastą, lodówki pękają w szwach. To coś, co zrozumieć możemy tylko my, któreśmy się w ONU ( Ojczyzna Nasza Umiłowana) urodziły. I wychowały. Odkąd pamiętam, miałam do Bożego Narodzenia ambiwalentne uczucia; czekałam na nie z radością. I nadzieją. A jednocześnie bałam się, że znowu będziemy tylko we dwie z Mamą. I będzie smutno. Smutno jednak nigdy nie bywało, bośmy się szwendały po domach przybranych ciotek i wujków, gdzie stały wielkie choinki, w kuchni warzyły się bigosy i barszczyki, pachniało drożdżowym ciastem a my, dzieci, czekałyśmy na pierwsza gwiazdkę. Było gwarnie, wesoło i serdecznie. Potem, kiedy to juz wydałam się za mąż, kiedy światu przybył jeszcze jeden obywatel w postaci mojego synka, jeździliśmy do Teściów, gdzie stoły uginały się od obfitego jedzenia i trunków, gdzie wielka rodzina zjeżdżała na kilka dni, a kto nie dotarł, to się go odwiedzało, gdzie nadal się piło i jadło, słuchało kolęd i opowieści z dawnych, lepszych (oczywiście) lat. Lubiłam tamtejsze Święta i żałuje, że już się nie powtórzą. Odeszły wraz ze śmiercią Dziadków, Matki a potem z moim rozwodem. Trzeba dodać, ze Święta w tamtych czasach były białe: dzieci woziło się na saneczkach, na sankach też przyjeżdżała wielka, pod sufit koniecznie, świeża, pachnąca lasem, choinka. Ubieranie drzewka należało do nas, młodszego pokolenia. A było to zajęcie odpowiedzialne, wymagające sprawności fizycznej i zmysłu estetycznego. Kiedy byłam mała, robiłyśmy z Mamą rozmaite ozdoby, ale u Teściów używaliśmy już tylko gotowych dekoracji, czyli głownie bombek, łańcuchów i lamety. Wciąż jednak wieszaliśmy kolorowe cukierki i czerwone, zimowe jabłuszka. Najważniejszym momentem było umiejscowienie szpica na czubku wielkiej jodły (musiała być jodła ). Jeden z chłopców stawał na drabinie i pod naszą, damską komendą, dokonywał dzieła. Długi czas w lichtarzykach stały świeczki i choć niebezpieczne to było, do dziś nie mogę się pogodzić ze sztucznymi światełkami. To naprawdę nie to samo, podobnie jak sztuczna choinka... W odpowiednim czasie Dziadek wybierał się na targ i nabywał tam indyki. Zazwyczaj dwa, bo rodzina była liczna i łakoma. Jeśli indyk był solidnych rozmiarów, to Dziadzio przyprowadzał go do domu na piechotę, na pasku. Indyk, oprócz gęsi, kaczek francuskich (ależ to się paskudnie skubało!), kurczaków i innym mięs wszelkiego kalibru, należał do dań głównych. Teściowa obdarzała go specjalnym przywilejem: wlewano mu do dzioba setkę czystego spirytusu i, tak wstawiony, dokonywał żywota przy pomocy ostrego narzędzia. Karpie dostarczano w dzień wigilijny, najświeższe, jak tylko możliwe. Uwielbiałam karpia w postaci pulpetów gotowanych w rosołowym wywarze, chociaż na wspomnienie wysysanych przez Matkę poszczególnych części anatomii biednego zwierzęcia, do dziś robi mi się słabo. Karpie bywały niekiedy powodem zmartwień i niesnasek rodzinnych. Na przykład kiedy, wysłany po nie szwagier, nie dotarł do domu... a wraz z nim rzeczone ryby. Straszny się zamęt zrobił w rodzinie: jak to, wigilia bez karpia, to nie do pomyślenia! Pal licho szwagra, ten kiedyś wróci, ale karpie...!!! Cóż, obeszliśmy się wędzonymi i innymi zapuszkowanymi ersatzami, choć Teściowa cicho popłakiwała, a Teść złorzeczył. Szwagra odnaleźliśmy dopiero w drugi dzień Świąt, w pobliskim domu publicznym, z którego po wytrzeźwieniu, nie miał się za co wykupić. Jako człowiek bowiem sumienny, karpi zastawiać nie chciał i doniósł je cało, choć już były drugiej świeżości. Innym ważnym momentem było wałkowanie i rznięcie cieniutkiego makaronu, czym zajmował się mój Teść. Ale naprawdę wysokiej klasy umiejętności wymagało, że nie wspomnę o sile i wytrwałości, wypiekanie ciast drożdżowych. W wielkiej dzieży Dziadek miesił to i międlił, a w łeb dostałby każdy, kto by się odważył zrobić w kuchni przeciąg. Nic nie pachnie tak pięknie, jak piekące się w węglowej kuchni świąteczne ciasto drożdżowe! W sporej liczbie bliższych i nieco dalszych członków rodziny, długo trwało dzielenie się opłatkiem. Cudowne to było i najmilsze ze wszystkiego. Towarzyszyła nam zawsze ta sama kolęda, "Bóg się rodzi." Ogromny stół, nakryty śnieżnobiałym obrusem, półmiski, salaterki, kieliszki... Ciepło lampy a za oknem ciemne juz niebo. Wszędzie cisza, w oknach blask świeczek; święta chwila pojednania. Dzieci tylko nie mogły się doczeka końca obżarstwa dorosłych. Jak długo możną siedzieć przy stole? Niecierpliwiły się bardzo. Dopiero przecież po skończonej kolacji należało wyjść z pokoju, otworzyć okno i wpuścić do domu aniołka z prezentami. W tym czasie gdy ktoś z dorosłych podrzucał pod choinkę upominki, w kuchni odbywało się mycie naczyń, a dzieci trzymano z dala od "stołowego". Kiedy już otworzono drzwi do pokoju, radości było co nie miara; wszyscy cieszyli się tym, co im się dostało, zaglądano i podglądano prezenty tych drugich, dotykano, przymierzano, składano, układano, wąchano, przytulano itd, itd, itd. Następowała wreszcie pora na słodkości i smakołyki, owoce cytrusowe oraz orzechy.... I juz zbliżała się północ I juz był czas na pasterkę. Dziadkowie wraz z Rodzicami wędrowali do pobliskiego kościoła. Dzieci układano spać a my, po sprzątnięciu i upchaniu w lodowce i na balkonach pozostałe góry jadła, jeszcześmy się sobą nacieszali. I tak mijały lata pełne błogiej nieświadomości, że wszystko to dobiegnie kresu, ze umrą Ci, którzy nam przekazali swoje piękne tradycje i obyczaje, którzy nauczyli nas wypieku mięsiwa i ciast, a przede wszystkim istoty nierozerwalnych więzów rodzinnych, prawdziwej miłości i serca. Nastąpił czas zupełnie innych Świat. Bez śniegu. Bez mamy. Obcych. Święta w kraju, w którym nikt nie czeka na pierwszą gwiazdkę a karp nie nadaje się do konsumpcji. Zresztą - podany w galarecie pływa crawlem...Wiem, bo widziałam. Na dworze panują upały, a dni są długie. Na drzwiach wejściowych obowiązkowo pyszni się wieniec ze sztucznych choinkowych gałązek i szyszek, przybrany wstążeczkami i innymi symbolicznymi cudeńkami. W domu króluje poncjeta i ostrokrzew, a choinkę ubiera się już na początku grudnia. Pod choinką kładzie się opakowane w barwne, bożonarodzeniowe papiery, paczuszki, pudła i pudełeczka, obwiązane wstążeczkami....prezenty. Jest tego całe mnóstwo: większe i mniejsze, tańsze i droższe, mniej lub bardziej pożądane przez odbiorcę. Im bliżej Świąt, tym więcej kolorowych pakunków pod plastykową choinką... Królują Czerwin i zieleń. Zamiast tracić czas na mycie okien, ludność udaje się do sklepów, magazynów, boutique'ów oraz marketów i poluje na prezenty. Płaci się gotówką lub obciążą konta kredytowe, bo sklepy wabią i zwodzą na pokuszenie. Urzędują w nich przyodziani w czerwone chałaty i czapy Mikołaje, z przyklejoną sztuczną brodą. Ze sklepów rozlegała się dźwięki bożonarodzeniowych piosenek przypominających stare, dobre czasy Hollywoodu. Rodziny zasiadaj, (ten jeden jedyny dzień w roku) do obiadu o godzinie pierwszej w poludnie, cieszac się pieczystym oraz puddingiem polanym konikowym sosem. Następnie wszyscy radonie rozrywają kolorowe opakowania, dziękują sobie za prezenty i wędrują... na plażę! Ale ja czekam na Wigilię, bo ona właśnie jest dla mnie najważniejsza i najpiękniejsza. To cóż, że niezupełnie zgodna z tradycją (nie wszyscy bowiem lubią polskie potrawy - te ryby, grzyby, uszka i kutie. Jest jednak odświętnie nakryty sól, jest opłatek, a wraz z nim serdeczność i wymiana dobrych życzeń. I zawsze nakrycie dla tych, których z nami nie ma, ale o których pamiętamy i myślimy. A zanim do głosu dojdą "Jingle bells", Mazowsze zaśpiewa "Bóg się rodzi". Ewa Północ. Naciąga na głowę kołdrę. Nie będzie tym razem płakała... odsunie poza ściany nastrój, który ogarnia ją, gdy tylko zobaczy pierwsze świąteczne dekoracje na ulicach i w sklepach. Dosyć... Obrót na drugi bok... Wdycha głośno powietrze. Pachnie prawdziwa choinka. Mrugają płomyki świeczek. Za blisko waty na gałęziach! Koniecznie trzeba odsunąć, bo się zaprószy. Szkoda pięknych anielskich włosów... Dlaczego nie ma jeszcze ojca? Na pewno już wszystko jest gotowe - cały worek drewnianych cudeniek, rzeźbionych jego ręką artystycznie zabawek ... tylko dla nich! Nikt takich nie będzie miał. Ojciec jest czarodziejem! Nie wierzyła już w gwiazdora, tylko w geniusz ojca... Kiedy kończyły się prace ogródkowe, wieczorami znikał w piwnicy i zakazywał odwiedzin... Strugał, heblował, czarował... wszystko z drewna: domek dla lalek, karuzelę, która naprawdę się kręciła, pociąg z doczepianymi wagonami, samochodziki... Syrena karetki. Jak można tak późno hałasować, trudno zasnąć... Przecież nie śpi nie z tego powodu zapomniała? Przewrót na drugi bok, bardziej nerwowo. Obok równy oddech. Nie poczuł, nadal śpi. Pod powiekami inna choinka! Nie pachnie. Ponoć taka praktyczniejsza. Kupili, kiedy była wykładzina podłogowa i denerwowało, że świerkowe igły wbijają się w tkaninę. Dawno pozbyli się tej wykładziny, ale choinka nadal pachnie tylko plastikiem... Ubierała ją sama, chłopcy nigdy nie cieszyli się choinką jak ona. Powraca do domu z dzieciństwa... Na choince były prawdziwe cukierki - czekoladowe! Każde dziecko podkradało. Wieszali puste papierki, aby ukryć przestępstwo. Albo te długie kolorowe cukierki-patyki... jak to się nazywa? Dźwięczy jej w głowie natrętnie "sucre d'orge" - dlaczego jęczmienny cukier? Nigdy o to nie spytała. Pamięta, jak pierwszą obczyźnianą choinkę zdobywała pierwszą kłótnią i ozdabiała łzami... ("po co choinka, po co ta szopka, po co? nie ma przecież dzieci, kto się będzie cieszył ?) Kupiła, ale zostawiła u teściów i wróciła tego wieczoru do siebie bez drzewka. To była zresztą Wigilia bez niczego. Bez języka, bez przyjaciół, bez męża, bez telefonu była tylko ze sobą. W czterech ścianach... Była z telewizorem. Aż do północy, kiedy ekran zamrugał białym śniegiem a jej oczy, spuchnięte, nie widziały nic. Była u siebie... ale gdzie było to "u siebie"... Nigdzie... Znowu zmienia bok. Kiedy już miała to "u siebie", robiła, jak jej matka, wariactwa... Gotowała na dziesięć osób. Koniecznie sałatkę jarzynową, rybę po grecku, karpia, jak znalazła, albo jakąś podobną rybę. Piekła makowiec, sernik, gotowała barszcz, kompot ... Otworzyła też drzwi tutejszej tradycji - ostrygi, łosoś wędzony, biała kiszka, krewetki lub inne owoce morza... to obok tych ryb, a raczej zamiast nich, za którymi nie przepadał ani mąż ani dzieci! Jednego pilnowała - bezmięsnej wigilii! Ale niedługo, bo kiedy chłopcy zaczęli opuszczać za szybko stół, gdyż "nie było co jeść", uległa. Osobno robiła im mięsne dania, a sama przez tydzień jadła to, co zostawało po wigilii, a zostawało prawie wszystko. Kiedyś zrobiła sobie prawdziwą ucztę z opłatka z kilku lat, bo matka zawsze pamiętała o przesyłce. Święconego nie wyrzuci. Przewraca się na drugi bok.... Opowiadała znajomym o zwyczajach z dzieciństwie. Matka wysyłała ją i siostry, aby wyniosły śmieci przed samą wieczerzą wigilijną. Trzeba było się śpieszyć jeszcze przed pierwszą gwiazdką! Miały nasłuchiwać, skąd dochodzi szczekanie psa. Z tej strony miał zjawić się kandydat na męża. Słyszały wszystkie, ale odróżnić stronę nie było łatwo. "Jej szczekanie" dochodziło od ulicy Krasińskiego, gardłowy glos wielkiego wilczura. Z zachodu. Najmłodszej Kryśce też szczekał ten sam pies - ale inaczej... Czy Alunia nie słyszała nic? Może dlatego jest jeszcze panną... Musi spytać i o to. Znowu przewraca się na drugi bok. Dzieciaki zawsze czekały na prezenty. To się liczyło. Nie stół, nie tradycja, nie atmosfera z kolędami śpiewanymi przez Mazowsze... Adapter grał cały wieczór! Było świątecznie, ale brakowało jej polskości, pomimo wszelkich starań, sama nie dawała rady. Chociaż... wbrew tutejszej tradycji, prezenty rozpakowywano już wieczorem, nie czekając na pierwszy dzień świąt! Zastanawiała się, dlaczego inne dzieci musiały męczyć się jeszcze jedną noc w niemiłosiernym czekaniu ... Kto był tak okrutny? Dziś wie już, że rodzice. Kiedy dzieci wstawały rano i otwierały prezenty, aby potem się nimi bawić, rodzice mogli sobie pospać albo "włożyć pana Jezusa do żłobka" jak to "dyskretnie" nazywano małżeńskie gwiazdkowe amory. Znowu przewrót i tym razem skrzypniecie łóżka. Panuje nad swoim równym oddechem. Po nocy wigilijnej zrywała się rano, aby spojrzeć, czy czegoś nie ubyło ze stołu.. Rodzina spała po dłuższym wieczornym czuwaniu. Wpatrywała się w wolne miejsce dla niespodziewanego gościa albo bliskiej osoby, która odeszła. Zawsze było wolne nakrycie, aż do rana, i siano pod obrusem, i talerz z opłatkiem Nie komentowano już od dawna tych dziwactw. Nawet rybę zostawiała na stole, chociaż wiedziała, że powinna wstawić do lodówki, bo ma być jadalna przez tydzień. Nie było prawdziwej choinki, ale w wazonie gałązka rozsiewała zapach świerku... albo stroik na stole... i zapach świec siadała samotnie i łzy nakrapiały podomkę... cichutko pociągała nosem, nie ośmielała się nastawić kolędy... Parę razy namówiła znajomych na pasterkę. Pierwszy raz zjawili się na koniec, chociaż nie było jeszcze północy. Tu pasterka zaczynała się o jedenastej... Nawet następnym razem też się spóźnili, bo tłum odświętnych samochodów na głównych arteriach metropolii nie pozwolił przybyć na czas. Kiedyś był z nimi Marek. Właśnie śpiewano ostatnią kolędę "Wśród nocnej ciszy" ... Marek zabasował (fakt, już sobie popił winka) i ludzie przed kościołem dołączyli się... Zatrząsł się kościół i ulica! Nigdy chyba mieszkańcy tej dzielnicy nie słyszeli takiego chóru. Dławiło w gardle ze wzruszenia... Teraz też ją dławi. Szuka chusteczki. Przewróciła się na lewy bok... Z boku mamrotanie. Pomrukuje, że nie może spać i że nic się nie stało Po chwili miarowy oddech zakłóca nocną ciszę. Już bezpiecznie... Wysuwa się z lóżka, idzie do kuchni napić się czegoś. Zerka na kartkę: 1 kg dorsza, jarzyny na sałatkę, buraki, grzyby Jutro oczywiście zrobi zakupy jak każdego roku... Znowu małżonek będzie marudził, że za dużo... szczególnie ryb! Wystarczą ostrygi! Przecież jest ich tylko dwoje. Dzieci są daleko. Nie szkodzi, w końcu lubi rybę po grecku - taka tygodniowa dieta! Puści sobie CD z kolędami - praktyczniejsze niż stare płyty. Dobrze, że kupiła sobie zeszłego roku w Warszawie Arena, 2004 Kochana Moja!. Pięć psów i 130 koni: czy może być coś wspanialszego dla miłośników zwierząt? Nie wiem, ile tam jeszcze owiec; do nich nie miałam już dostępu, czy po prostu były za daleko... Farma oddalona jest od Adelajdy o około 130 km na zachód i niewiele ponad dwadzieścia km od najbliższego miasteczka. Wszystko to nad Oceanem Indyjskim, tuż przy cieśninie ( chyba), którą tutejsi nazywają morzem wewnętrznym. Wąskie pasmo wody nosi nazwę Coorong, co w języku pitatanjara znaczy "długa szyja". Jest to największa na świecie "wylęgarnia" pelikanów a także ponad 200-u gatunków innego ptactwa, wędrującego corocznie z Arktyki i z powrotem. Tuż obok znajdują się dwa wielki jeziora. Jedno - tam położone jest miasteczko Maningi, nazywa się Albert a drugie Alexandrina. Obydwa są płytkie, koloru khaki. Mnóstwo w nich ryb, a co za tym idzie, i wędkarzy. W okresie wakacji i dni wolnych od pracy zjawiają się turyści z Południowej Australii i Victorii. Maleńkie kawiarenki, piekarnie i sklepiki z twórczością regionalnych rzemieślników, pełne są kupujących. A na farmie cicho i przyjemnie. Dom wielki i niepozornie prezentujący się od zewnątrz, jest przestronny i gościnny wewnątrz. Wielka kuchnia mieści długi, drewniany stół, przy którym może usiąść 12 osób. Salon ciemnawy, ze starymi skórzanymi kanapami, zaprasza na kieliszek koniaku i filiżankę mocnej kawy. Małe biuro, mała jadalnia, mały salon - wszystko to pachnie dostatkiem i niewymuszoną elegancją. Mnóstwo książek, dobre obrazy, cała selekcja figurek koni i innych zwierząt...Tuż obok sypialnia i łazienka dla gości. Właściciele sypiają w oddzielnym skrzydle domu. Życie skupia się głownie w kuchni. Wieczorami, w czasie kolacji, pod nogami śpią duże psy, a małe polegują na fotelach i kanapach. Na framudze okna uwiły gniazdo jaskółki. W drzwiach bramy wjazdowej mieszka maleńki possum. Po trawniku kicają dzikie króliki. Na pastwiskach, obok koni, pasą się kangury: cale rodziny przystają i obserwują ludzi, jeśli pojawią się niezaplanowanie o zmierzchu. Cisze zakłócają tylko ptaki... Konie są tak niezwykłej urody, ze mógłby je namalować tylko Kossak. Niektóre z nich, to prawdziwe legendy, które niedawno jeszcze wygrywały wielkie gonitwy i przysporzyły właścicielom milionów. Na przestrzeni 45 hektarów, na oddzielnych pastwiskach, pasą się matki ze źrebiętami i ogiery z młodymi końmi; - spełniają rolę opiekunów i wychowawców młodszego pokolenia. Wszystkie są jasno lub ciemno brązowe. Ich sierść lśni, grzywy długie a ogony z lekka powiewają na wietrze. Na widok ludzi, ciekawskie, podchodzą do płotów, ale nie zbliżają się za blisko wiedząc, ze płot "kopie" elektrycznością. Łagodne, ocienione długimi, prostymi rzęsami oczy, spokojnie obserwują. Wargi tak miękkie, jak wilgotna ircha, miło łaskoczą dłoń. Skóra drży łagodnie, podrażniona pieszczotą mojej ręki. Przykro mi, że nie mam ze sobą marchwi ani kostek cukru. Obiecuje sobie, że następnym razem. Kiedy odchodzę, towarzyszą mi do rozdroża. Żal się żegnać. Obserwuję konie z zaciekawianiem: o każdej porze dnia wydają się zajęte jedzeniem. Czasem pocierają się o siebie nawzajem, czasem stoją przytulone w niemej pieszczocie - bez ruchu, czasem niespodzianie kłusują po pastwisku; jakby bez celu, bez przyczyny...Jest w nich tyle wdzięku i gracji, naturalnej elegancji w każdym ruchu... Czy wiesz kiedy konie śpią? Śpią stojąc, zazwyczaj około czterech godzin w ciągu dnia, nocą zaś jedzą, wędrują, stoją. Jest mi smutno; jadąc mijaliśmy pustawe, bezowe połacie ziemi, na których tu i owdzie pasły się setki owiec wkomponowanych w krajobraz, jak polodowcowe kamienie. Albo stada krów: a to czarne, a to brązowe, a to bordowe. Zazwyczaj stoją spokojnie, żując trawę, czasami idą rzędem - jedna za drugą, jak mrówki: może do poideł? Nie wiem. Coraz więcej farm specjalizuje się w hodowli lam, wreszcie strusi, kangurów, królików. I ryby w wielkim wyborze. Sady owocowe, gaje oliwne, wielkie winnice. Przed zmierzchem krowy wędrują do dojenia. Tutaj powstaje nabiał. Raz do roku owce spędza się do strzyżenia; płochliwe, pędzą jedna za drugą pod czujnym okiem mądrego, pasterskiego psa. Bydło wywozi się na rzeź. Owce także. Z przerażeniem mijam ciężarówki obciążone przyczepami, na których bez słowa protestu, jadą do uboju tysiące owieczek. Konie otacza się specjalną opieką: one zarabiają pieniądze biegnąc jak szalone po nagrody dla właściciela i tych, którzy stawiając na nie, usiłują kupić sobie lepszy (?) los. Kiedy konie przestają wygrywać - pracują. Klacze rodzą. Cały rok!!! W 21 dni po oźrebieniu oddaje się je " w ręce ogiera". I już są w ciąży i znowu rodzą i znowu i znowu i znowu. Kangury, będące podobno utrapieniem farmerów, bo wyjadają pasze przeznaczona dla bydła, strzela się bez umiaru, a ich mięso wędruje do sklepów. Mało nam spasionych hormonami kurcząt, kaczek i gęsi - zabijamy jeszcze i strusie. Króliki, które człowiek sam sprowadził do tego kraju, są celem zabawy rozmaitych wariatów i miłośników strzelania do ruchomego celu. Ale je się je także. No i świnie, o których zapomniałam, a które gnieżdżą się stłoczone w wielkich odhumanizowanych chlewniach. Hektolitry oliwy, jeszcze więcej wina. Soki, owoce naszprycowane chemikaliami, żeby przez cały rok nie utrąciły "świeżości". Półki w supermarketach uginają się od jedzenia. Wielkie kubły na śmieci od niedojedzonych resztek. A w Afryce, czy gdzieś na Syberii, ludzie umierają z głodu. Czy ten świat nie zwariował? (... ... ...) (Ewa) CDN... Ewa Pociąg relacji Gdańsk-Warszawa powoli wtaczał się na peron dworca o godzinie 5.30. Był upalny czerwcowy poranek. Kobieta miała miejscówkę numer 46 w wagonie numer 2 dla osób niepalących, miejsce przy oknie. Pisk hamulców wprawił ją w chwilowy ból głowy. Żwawo weszła na schodki wagonu po czym zaczęła się rozglądać za swoim przedziałem. Podróżni z bagażami tłoczyli się za nią. Czuła na plecach cudze zniecierpliwienie. Odnalazła przedział numer 4 i miejsce numer 46 pod oknem. Spokojnie postawiła swój bagaż na półce i usiadła. Kolejni podróżni zajmowali swoje miejsca w przedziale. Tylko miejsce przy drzwiach i naprzeciwko niej wciąż było puste. Z zaciekawieniem czekała, kto tam usiądzie. Tymczasem zza zamkniętych drzwi przedziału słychać było podniesione głosy. - Proszę trzymać mnie mocno i nie puszczać, niech pan się nie boi - wysoki kobiecy alt wydawał polecenia. Po chwili drzwi przedziału otworzył mężczyzna chcąc przepuścić stojące za nim osoby. Spojrzała z zainteresowaniem i ujrzała dziwny widok. Najpierw parę podkurczonych nóg ubranych w dżinsowe spodnie, potem jej wzrok zawędrował wyżej i spostrzegła twarz młodej kobiety, którą rosły żołnierz niósł przed sobą. Jego duże dłonie obejmowały w pasie sparaliżowaną kobietę, która wciąż mu mówiła, co ma zrobić. - Teraz niech pan posadzi mnie na moje miejsce i zrobi przejście dla kolegi, który niesie mój wózek. - Koła proszę położyć na górnej półce, a resztę obok. Miała już współpasażerkę , uśmiechnęła się do niej widząc, jak świetnie sobie poradziła. Tymczasem młoda kobieta sięgnęła po plecak, wyjęła z niego książkę i kilka czasopism. Pociąg ruszył. Anna lubiła ten moment rozpoczęcia podróży, wolno przesuwające się za oknem obrazy dworca i ludzi oczekujących z bagażami. Czekała, aż pociąg minie miejskie przedmieścia, by przed jej oczami rozpostarł się zielony pejzaż pól i łąk. Wtedy lubiła przymknąć oczy i poddać się myślom, które jak barwne motyle z pobliskiej łąki wyfruwały z jej pamięci. W ogóle lubiła podróże. Przypomniała sobie swoją zeszłoroczną podróż. W muzeum w Madrycie obejrzała obraz Salvadore Dali pt. " Uporczywość pamięci". Pamięć bywa plastyczna, obraz pokazywał zegary w ruchu. Czasami pamiętamy wszystko bardzo ostro i jakby wczoraj, a z biegiem lat wspomnienia tracą wyrazistość, stają się bledsze, a czasami dopisujemy im inne wątki. Część wspomnień spychamy w podświadomość, usiłujemy zapomnieć ale nie zawsze się to nam udaje. Uporczywość pamięci powoduje, że one wracają w różnych momentach naszego życia. Od wielu lat miała w sobie potrzebę powrotu do miejsca gdzie się urodziła i wychowała. Wielokrotnie odwiedzała to miasto, ale zawsze nie miała czasu, by odwiedzić ten dom, tę ulicę i "stare podwórko". Wciąż obiecywała sobie ,że wreszcie odbędzie tę podróż sentymentalną. Pojechała tam późną jesienią. Dzień był wietrzny i pochmurny. Stanęła przed dużymi drzwiami przedwojennej kamienicy i zaczęła czytać nazwiska umieszczone na domofonie. Znalazła znajome nazwisko i przycisnęła guzik . Dzwonek dzwonił głośno i przeciągle. - Słucham ? - usłyszała w głośniku - Ja do pani Fabisiak - odpowiedziała. Po chwili mogła otworzyć drzwi i wejść na dużą klatkę schodową. Po lewej stronie na ścianie wisiała ta sama stara skrzynka pocztowa na listy, z której kiedyś wyjmowała rodzinną korespondencję. Klatka była odmalowana, ale wiodły na piętra te same, stare już drewniane schody z wysłużoną od lat poręczą. Schody skrzypiały znajomym dźwiękiem. Okna na klatce były już nowe. Ciężkie drewniane ramy wymieniono na lekkie plastiki. Stanęła na półpiętrze i spojrzała w głąb podwórka. Zza okna wyłonił się obcy obraz. Zrujnowany budynek dawnej ślusarni, rozebrany murek oddzielający jej podwórko od sąsiedniego, w oddali widziała stare domy, kiedyś takie znajome, a teraz naznaczone patyną czasu. To był obraz znajomy i obcy jednocześnie. Zrozumiała, że tamto podwórko zatrzymane w jej pamięci nigdy już nie powróci. Zeszła na dół, by przez drugie drzwi wiodące z klatki schodowej wyjść na podwórko. Stanęła i spojrzała w miejsce, gdzie kiedyś stała duża metalowa huśtawka. Dzisiaj w tym miejscu leżały jakieś śmieci. Przeszła w głąb placu, by dojść do miejsca jej dziecięcych zabaw i nagle okazało się, że już go nie ma, stoi tam natomiast duży metalowy płot odgradzający tę część parceli od nowobogackiej plomby wyrosłej z tyłu budynku. W uszach słyszała dziecięce krzyki i piski, pod powiekami snuł się obraz podwórkowych zabaw, w zbijaka, w chowanego czy w grę w klasy. Stała chwilę, by spojrzeć w okna jej dawnego mieszkania na 3 piętrze. Podeszła również do drzwi znajomej piwnicy znajdującej się w podwórku. Drzwi były już bardzo zniszczone, dotknęła dłonią klamki, by poczuć jej dawny kształt. Uderzył ją nagle zapach tej piwnicy i poczuła lęk jak wtedy, gdy musiała iść po ziemniaki (w piwnicy nie było światła i zawsze trzeba było wziąć ze sobą świecę). Ciekawa była, jak wygląda jej dawne mieszkanie. Wróciła do kamienicy. Stojąc przed drzwiami z numerem 5 czuła łomotanie serca, jakby wszystkie emocje związane z tym miejscem ożyły w tym momencie. Za chwilę wejdzie w świat swego dzieciństwa zobaczy znajome miejsce, poczuje tamten czas. Dzwoniła dość długo. Drzwi otworzyła blada staruszka. - Czy zastałam panią Felę? - zapytała. - Proszę pani, ona już tu nie mieszka, pani Fela zmarła kilka lat temu ,a teraz tutaj mieszka jej wnuczka, która wyjechała i też jej nie ma - usłyszała w odpowiedzi. - Czy mogłabym zobaczyć mieszkanie, kiedyś tutaj mieszkałam , nazywam się Anna Zakrzewska - poprosiła niepewnie. - A, to pani jest córką pani Zakrzewskiej? - Tak - potwierdziła. - Proszę wejść, proszę. Wzruszenie ścisnęło jej gardło. Stanęła w małym ciemnym korytarzyku i zobaczyła znajome drzwi. Nacisnęła klamkę i zobaczyła stary piec kaflowy, z którego często pod nieobecność rodziców skakała na kanapę z siostrą. Pokój był jednak zupełnie inny. Wszystko było nowe, obce. Na dużej wersalce odpoczywał pan domu, który patrzył na nią ze zdziwieniem. Musiała wyglądać jak jakaś zjawa bo minę miał zdumioną. Była dla niego intruzem, czuła się jak intruz. Podziękowała za możliwość obejrzenia mieszkania i wyszła. W drodze powrotnej zrozumiała ,że nie należy wracać do tego co było .Podróż sentymentalna okazała się pożegnaniem ze wspomnieniami. Cdn... ... ... NESMA |