|
Dzisiaj był ważny dzień. Dzisiaj dowiedziałam się o sobie nowych rzeczy, dobrych i złych, budujących i przygnębiających. Dowiedziałam się, że jestem na krawędzi, jeden nierozważny krok i spadam, niekoniecznie nisko, ale już się nie podniosę. Rozsypuję się na kawałki, emocjonalnie, a moje ciało reaguje na to całym jestestwem. Maska, która założyłam dla siebie i innych, już nie wystarcza, już nie kryje mojego bólu, bezradności i strachu. Wszyscy wokół jeszcze widza silną, odważną kobietę, ale ten obraz ma coraz więcej rys. Pęka, i jeśli nie pomogę sobie właśnie w tym momencie, może nie będzie już co sklejać. To wszystko co dotarło do mojej duszy, kazało mi prześwietlić siebie. Oto co widzę: Uczucia...mam przecież prawo czuć to, co czuję, nikt nie może mi mówić, co powinnam czuć. Uczucia nie są dobre ani złe. Po prostu są! Nigdy mnie nie uczono, co to są uczucia i czy w ogóle są potrzebne w życiu. Uczucia przeszkadzały mi, nie ogarniałam ich, przerastały mnie. Takie stany powodują, ze brak jest oparcia i zaufania do wszystkiego, najbardziej do samego siebie. Niejednokrotnie słyszałam w moim życiu - "nie ufaj temu, co czujesz", "źle czujesz" "powinnaś czuć tak i tak". To inni mieli rację, jak należy żyć i co można czuć. Myślałam, że to moje uczucia doprowadziły mnie do złych wyborów i decyzji. Dziś wiem, że nikt tak naprawdę nie wie, co jest dla mnie dobre i właściwe. Teraz wiem, że aby żyć w zgodzie ze sobą, należy mieć kontakt ze swymi uczuciami - "słyszeć" i "czuć" je. Iwona Podarunki Patrzymy na życie często przez pryzmat spraw do załatwienia, potrzeb, bieganiny, dlatego często nie zauważamy darów, które pojawiają się na naszej drodze. Jesteśmy zbyt zajęci lub zbyt zaprzątnięci walką, by dostrzec to, czym obdarowuje nas los. Dopiero wtedy, gdy przeżywamy trudne chwile, załamania, porażki, zaczynamy doceniać dary, które są obecne przez cały czas w naszym życiu: dobrych przyjaciół, wspaniałe dzieci, spełnione marzenie, słuchanie muzyki, wiosnę i jej obfitość. Moje życie pozbawione było marzeń, narażone na ciągłe straty: miłości, przyjaźni, troski, dobrych i wspierających gestów, radości. Pamiętam siebie z tamtego okresu, ale i obecnie mam trudność w dostrzeżeniu, że jestem ważna dla innych, że otrzymuję troskę, zrozumienie, przyjaźń, miłość. Chwilami zauważam to już, ale jakże trudno mi przyjąć, otworzyć serce, uwierzyć, że to naprawdę jest dla mnie. Ciągle patrzę na siebie przez ten pryzmat i myślę wtedy, że niewiele mi się należy, a jak już otrzymałam uwagę, troskę, to przez pomyłkę, że tak naprawdę nie było to skierowane do mnie. Poprzez takie postępowanie okradam siebie, pozbawiam tych wszystkich darów losu, bo nie mogę uwierzyć, że ktoś może mnie kochać bezinteresownie. Nauczyłam się nie ufać, nie cieszyć dobrymi doświadczeniami, bo przecież za chwilę zostanę ich pozbawiona, więc po co okazywać radość? Przestałam wierzyć w dobre strony życia. Moje życie to zmaganie się z przeciwnościami losu, walka o przetrwanie, gdzież więc jest miejsce na zauważenie Daru? Staram się uczyć każdego dnia, otwierać serce i przyjmować te podarunki, ale nie jest to wcale takie proste. Otwieram szeroko oczy, wsłuchuję się w otaczającą mnie rzeczywistość, mam nadzieję, że któregoś dnia to wszystko zauważę, poczuję, dotknę. Póki co, walka będzie trwała. Może w miejscu, do którego trafię, nauczą mnie krzyczeć, protestować i uwalniać zmory. Mam taką nadzieję. Przecież życie jest życiem - trzeba je ocalić. Iwona Pochylała się nad twarzą. Nie wyrażała nic. Poza spokojem i nieobecnością. Sufit obniżył swoją obojętność, zatrzymując jej myśli. Parę z nich uciekło gdzieś bokiem, może po księżycowej poświacie Zastanawiała się, dlaczego tu jest. Uczucie winy układało się z nią do snu, ale budziła ją już nie wina tylko bunt. Kochała go... Nawet nie tak dawno. Dobrze zadomowiona miłość była wygodna, posłuszna i ciepła, ale nie dawała emocji. Z biegiem czasu zaczęła nawet drażnić. Ludzie łączą się na dobre i na złe. Złączyła się na dobre. Na źle nie potrafiła. Uciekł jej gdzieś, zagubił się w swoim świecie. Rozglądał się, kiedy jej potrzebował, ale nie zauważał zmian. Odchodziła, powoli i regularnie odsuwała się centymetr po centymetrze. Samotność, lekceważona, zaczęła dusić za gardło. Poznała ją, nawet zaakceptowała, udomowiła... była jakby niegroźna. Z czasem urosła do rozmiarów jakiegoś strachu, który wyglądał z szafy w dziecięcym pokoju. Chowała głowę pod kołdrę, ale czuła dotyk i - potrafiła tylko płakać nocą, z bólu, z przerażenia, z niemocy. Była gotowa dać się zaciągnąć tej zjawie za nogi, gdzieś tam... byle już mieć to za sobą i na nowo przyzwyczajając się do nowego. A może się nie przyzwyczajając. Po prostu nie istnieć. Arena |