WŁADYSŁAW BRONIEWSKI

Na śmierć rewolucjonisty A z tej celi pustej i chłodnej trzeba będzie niedługo odejść, jeszcze spojrzeć w niebo pogodne, jeszcze spojrzeć za siebie-w młodość. Już za chwilę przyjdą żandarmi, wyprowadzą bez słowa z celi... Trzeba umieć, jak żołnierz armii, iść spokojnie pod mur cytadeli. Ach, umierać nie będzie ciężko, chociaż serce ma lat dwadzieścia- nie złamane codzienną klęską, dziesięć klęsk, dziesięć kul pomieści! Bo jest życie piękniejsze, nowe, i żyć warto, i umrzeć warto! Trzeba nieść, jak chorągiew, głowę, świecić piersią kulami rozdartą, trzeba umieć umierać pięknie, patrzeć w lufy wzniesione śmiało! Aż się podłe zadziwi i zlęknie, aż umilknie łoskot wystrzałów! Do towarzysza-więźnia Drzwi zamknięte, okute drzwi, w wąskim oknie żelazna krata... Tutaj miną najlepsze dni, miną miesiące i lata. Trzeba zęby zacisnąć i trwać, łamiąc w sercu słabość więzienną. Czemu nocą nie możesz spać, towarzyszu więziony wraz ze mną, czemu puścić nie mogą krat twe ściśnięte kurczowo palce? Tam, za oknem, walczący świat, czemuż ciebie nie ma w tej walce? Tam, za oknem, wzywa cię dal, w którą śmiało trzeba się rzucić... Słychać, słychać już trzaski salw, słychać twardy krok rewolucji. Towarzyszu więzienny, trwaj, więcej woli, nadziei, hartu, z tobą cały walczący kraj, z tobą masy robocze i partia W arsenałach jeszcze broni dość, wiele gazów, dynamitu, stali, ale idzie, ale musi dojść do ,przepaści dziejów kapitalizm. Przyjdzie wiosna, cała we krwi, wyścielemy jej most piersiami. Drzwi zamknięte, okute drzwi otworzymy na oścież, sami! A kiedy będę umierać... A kiedy będę umierać, skoro umierać mam, ty nie bądź przy tym i nie radź: już ja potrafię sam. Ja chcę mieć oczy otwarte i podniesioną skroń, chcę umrzeć ot tak - na wpół żartem, a w ręku niech będzie broń. Niech mi przywieją wiatry brzęczenie dalekich pszczół, niech Wisłę zobaczę i Tatry, wszystko, com kochał i czuł. Wystarczy, żeby mnie uczcić, czyjś krótki, serdeczny płacz. Przyjaciele niech przyjdą narzucić na trupa żołnierski płaszcz, niechaj złożą mnie w ziemię czerstwą, tam gdzie padnę - na świecie gdzieś, niechaj wspomną moje żołnierstwo i niepodległą pieśń, a potem niech idą w pola ojczyste krew przelać z żył. Taka jest moja wola. Po tom śpiewał i żył. Bagnet na broń Kiedy przyjdą podpalić dom, ten, w którym mieszkasz - Polskę, kiedy rzucą przed siebie grom kiedy runą żelaznym wojskiem i pod drzwiami staną, i nocą kolbami w drzwi załomocą - ty, ze snu podnosząc skroń, stań u drzwi. Bagnet na broń! Trzeba krwi! Są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli, ale krwi nie odmówi nikt: wysączymy ją z piersi i z pieśni. Cóż, że nieraz smakował gorzko na tej ziemi więzienny chleb? Za tę dłoń podniesioną nad Polską - kula w łeb! Ogniomistrzu i serc, i słów, poeto, nie w pieśni troska. Dzisiaj wiersz - to strzelecki rów, okrzyk i rozkaz: Bagnet na broń! Bagnet na broń! A gdyby umierać przyszło, przypomnimy, co rzekł Cambronne, i powiemy to samo nad Wisłą. Młodość
Szły na wschód bataliony, szwadrony i pułki, drobny deszcz senne oczy żołnierzom zaklejał, chlupało mokre błoto na kołach i kółkach, płynęła mętna woda z rozmokłych kolein, paliły się chałupy, stodoły i stogi, pod bialy namiot dymów kulily się miasta. - A tam - na wschód - dudniły, turkotały drogi: tępo walił - czternasty, piętnasty, szesnasty. I coraz ciężej było nieść głowę na plecach, i coraz czarniej było w lasach na Wołyniu. - Ej, panie poruczniku, wysmukły jak świeca, ja wiedziałem, że ciebie kula nie ominie. Zetrę ci z ust rękawem tę czerwoną rosę, źle tu leżeć na ziemi wśród końskiego ścierwa, podzielimy się jednym cienkim papierosem i skradzioną z węgierskich taborów konserwą... Nie chcesz, stary, co?...Nie wiem, gdzie cię zakopali - pod Czartoryską Gorą? Kuklą? Kamieniuchą? Dziś już nie ma nikogo z dwunastej kompanii i twojej maciejówki wciśniętej na ucho. - Roztapiała się młodość brudnym, mokrym śniegiem, dławiły dni pochmurne, jak robactwo żarły, i już mi chłodne były jesienne noclegi, i z umarłymi bylem sam na pól umarły... ...Kowalski - rozerwany granatem, Ignaczak - cztery kule w pachwinę, Nowak - od szrapnela, Marciniak - kula w piersi...Pamiętam, jak patrzał i skamlał umierając: "Wody...przyjaciele..." Bracie! Ja cię napoje. Mam wodę w manierce. Ale ten marsz bez przerwy - i nigdy postoju... Ciężko. I nie wiem, czy mi bardziej ciąży serce, czy na plecach tornister i dwieście naboi... O, niechaj mnie o niebo zadławi i zniszczy, Ja się nie ugnę przed nim - urągam i wzywam: hej, czarna artylerio, ostatni raz wystrzel okropnym, ślepym słońcem nad ziemią nieżywą, chluśnij we mnie wulkanów żużlem i żelazem, niech trajektoria tęczy na pół mnie rozetnie, niech groby oceanów pochłoną mnie - razem z pękniętym, głupim sercem - siedemnastoletniem. Żołnierz polski Ze spuszczoną głową, powoli idzie żołnierz z niemieckiej niewoli. Dudnią drogi, ciągną obce wojska, a nad nimi złota jesień polska Usiadł żołnierz pod brzozą u drogi, opatruje obolałe nogi. Jego pułk rozbili pod Rawą, a on bił się, a on bił się krwawo, szedł z bagnetem na czołgi żelazne, ale przeszły, zdeptały na miazgę. Pod Warszawą dał ostatni wystrzał, potem szedł. Przez ruiny. Przez zgliszcza. Jego dom podpalili Niemcy! A on nie ma broni, on się nie mści... Hej, ty brzozo, hej ty brzozo - placzko, smutno szumisz nad jego tułaczką, opłakujesz i armię rozbitą, i złe losy, i Rzeczpospolitą... Siedzi żołnierz ze spuszczoną głową, zasłuchany w tę skargę brzozową, bez broni, bez orła na czapce, bezdomny na ziemi-matce. Maria Siedzisz w kuchni, liczysz kartofle: przy tobie brat, starszy: rachunek w sklepiku, podarte pantofle: nie starczy... W dzień sprzedajesz mydełka, po znajomych, po obcych (dlaczego przestali być mili?). "Nie trzeba? Do widzenia." I znajdziesz się w kropce: do innych zadzwonisz po chwili. Wieczorem kelnerka. "Pół czarnej?", "Pół czarnej." Podasz i chwilę spokój. Stoisz ze sztucznym uśmiechem i z charme'em, i z łezką w oku. Może w nocy przyjdzie Gestapo? Wstaniesz blada, z płaczącą córką, kiedy będą plugawą łapą przetrząsać moje biurko. Co ta wojna w tobie zabiła? Nie ma mnie, nie ma teatru... Wołam do ciebie, miła, wołaniem wiatru.
Troska i pieśń Może nic w tym życiu nie będzie? Jeszcze rok, jeszcze dwa, jeszcze X... Moich myśli czarne łabędzie odpływają Wisłą na Styks. Ja wiedziałem, co sercem gryźć mam, jakim ciosom nadstawić pierś, nie rachunkiem, nie sylogizmem budowałem życie i wiersz. Ale troska jak rdza przeżarła mojej piersi serdeczną moc, tylko krzyk ściśniętego gardła głucho ciemną przeszywa noc. Lecz w tym krzyku zostanę młodym. Jeśli grom - niechaj trafia mnie! Temu światu ja się nie poddam, temu światu ja krzyknę: nie! Śmierć Patrzy przez okno dzień chory, trupio nabrzękły i siny. Po korytarzu szpitalnym wolno przechodzą godziny. Szaro. I cicho. I pusto. Nie ma radości ni smutku. Chmury się snują po niebie, jak chorzy w ciasnym ogródku. Palce, jak martwe pająki, nad czymś się trudzą, mozolą. W szklanym wazonie powiędły kwiaty pachnące karbolem. Myśli, jak muchy jesienne, łażą, czepiają się sprzętów, po raz ostatni skrzydłami biją o okna zamknięte. Ktoś się zaczaił pod drzwiami. Ktoś podsłuchuje i czeka. Cicho, na palcach podchodzą - śmierć, zakonnica i lekarz. [Dzień dobry, kochana!] Dzień dobry, kochana! Śniegi świat niedługo zawieją. Aż po jeziora brzegi bieli się wszystko - nadzieją. Mnie - cóż? Kieliszek koniaku, pióro, kawałek papieru, myślę i "w braku laku", (znaczy natchnienia) - papieros. Pomyślę jeszcze: kocham, pomyślę dłużej: w płacz... Chciałem szczęścia choć trochę, a teraz płaczę - patrz. KALINIE Tej nocy płakałem, (nie przez ciebie), wiersz napisałem, rzucam za siebie, niech potoczy się księżycem po niebie. Może ktoś się nad nim rozpłacze, jak ja, brzozo, wierzbo, kalino, i spakuje swoje rozpacze, i pójde, chociażby boso, tam gdzie oczy poniosą, droga nie twoja, inna. Tak mi żal, że wszystko daleko, coś tam zostało w człowieku: piszę wiersze, nie sypiam nocą - po co? WIERSZ OSTATNI Tyś mnie kochała, ale nie tak, jak kochać trzeba, i szliśmy razem, ale nie w takt - przebacz. Ja jeszcze długo... Rok albo dwa. Potem zapomnę. Teraz, gdy boli, teraz, gdy trwa, dzwonię podzwonne. A tobie, miła, na co ten dzwon brzmiący z oddali? Miłość niewielka, błahy jej zgon, i idziesz dalej. Cóż mam od życia? - troskę i pieśń (ciebie już nie ma). Muszę im ufać, muszę je nieść, pisać poemat. Cóż mam od życia? - chyba już wiesz, czujna i płocha? - tylko ten smutek, tylko ten wiersz, który mnie kocha.