NADESŁAŁA PANI ANIA-"DAFNE"
ciąg dalszy




(ostatni rozdział książki E. Stachury ,zatytułowanej "Się ".)

SIĘ

Się patrzy w ogień zwyczajnie naturalnie., się nie tęskni, się nie dyszy w kosmos nieprzenikalnie, się nie lęka poczytalnie i niepoczytalnie, się nie cierpi w proch ścieralnie, w ruinę, w obłęd obracalnie. Się zrozumiało. Się rozumie. Się za daleko szukało tej kryształowej kuli, co chowa odpowiedzi na dwa, trzy pytania. Na jedno pytanie. Na wszystkie pytania. Się jej nie tam, gdzie była szukało. Się jej nie tam gdzie jest , szukało. Się jej w bezgranicznych przestworzach szukało. Daleko. Za daleko. O wiele za daleko. O całą odległość . O cały dystans. O cały kosmos. Się błądziło. Się za nią jak błędny rycerz w eterze błądziło. Gdzie indziej ona była. Nie tam. Dużo bliżej. Jeszcze bliżej. Najbliżej. Tu ona była. Nie trzeba było jej szukać. Tu ona jest. Każda własna głowa nią jest. Własna mała biedna głowa. Otworzyła się głowa. Rozsunęła głowa na oścież półkule i wyrzuciła z siebie, wydaliła to wszystko, czym była nabijana zapijana zabijana przez czterdzieści lat, przez czterysta lat, przez cztery tysiące lat, przez cztery miliony lat, przez cztery miliardy lat, i zrobiło się strasznie pusto, bardzo strasznie, bardzo straszliwie , najstraszliwiej, przerażająco wstrząsająco zatrważająco, zamarło serce, bo zrobiło się pusto, całkiem pusto, wielkie spustoszenie, wielka czarna dziura - i oto przyszło to inne, wszystko przyszło, wszystko wszystko, bo zrobiło się dla tego miejsce, i to przyszło, i zmieściło się wszystko, dokładnie się zmieściło, wszystko się zmieściło, wszystko wszystko, to inne, to nieznane, to niewyobrażalne, to niewypowiedziane.


To jest.
To jest śpiew.
To nie echo. To jest, ech!
To się nieustannie staje -jest .
To się wciąż od nowa staje - nowe jest
To jest wieść. To się wciąż od nowa staje - nowa wieść.
To nie wiersz.
To nie sieć.
To poezja.
To nie słowa. To nie ta mowa.
Ta tu mowa - niemowa.
Ta tu mowa - literaturowa. To nie literatura.
To nie fabuła. To fabula rasa.
To się nie da napisać.
To się nie da namalować.
To nie coś.
To nie ktoś.
To niezłomny los.
Ciągle nowy niewymowny los niezłomny.
To jest wszystko.
To w sam raz.
To jest zadość. To jest radość.
To jest jedno. To jest jedność.
To jest pełność.
To jest całość. To cała jaskrawość.
Cudne manowce.
Kropka nad ypsylonem.
Zjawa realna.
To rzeczywistość. To oczywistość.
To jest teraz. Wieczne teraz.
To nie czas. Gdzie jest czas ?
Czy ktoś pyta ? Nikt nie pyta.
Się nie pyta.
Się hałasuje.
To jest śpiew. Ciszy śpiew.
To nie handel.
To nie klatka. To jest ptak. To jest fakt.
To nie miraż. To nie majak.
To jest hamak.
To jest harfa.
To harmonia.
To porządek. To jest ład.
To nie ja.
Ja to jad. Ja to wąż. Ja to rak.
Edmund Szerucki - rak. Janek Pradera - Rak. Ja Michał Katny - rak.
Edward Stachura, który nas trzech wymyślił (on, co go wymyślono przy jednocześnie niezastąpionej pomocy) - po trzykroć rak.
Umarł rak. Umarł rak na raka.
Ja umarło. Położyło sobie kres.
Koniec biografii. Koniec bibliografii. Koniec biobibliografii.
Koniec biobibliobleblemafii.


Nie ma ja. Się jest. Się jest stanem.
Nie panem. Ani nad innymi panem, ani sobiepanem.
Się jest stanem. Się jest duch.
Teraz dopiero. Nigdy przedtem.
Przedtem się to muskało. Przedtem się o to ocierało się.
Wtedy, kiedy nie było ja.
Kiedy nie było: mój moja moje.
Bardzo rzadko.
Bardzo od czasu do czasu.
W tych przerwach od czasu do czasu.
W tych przerwach od ja do ja.
Bo ja to czas.
Ja to wąż. Ja to rak.
Rak umarł na raka.
Wąż umarł od własnego ukąszenia.
Czas umarł na czas.
Ja umarło na ja.
Nie ma ja.
Jest się.
Się jest się. Się jest duch. Się jest nikt.




(Tekst pochodzi z książki „Się” E. Stachury)

POKOCHAŁEM JĄ SIŁĄ WOLI

Wskazała mi fotel i powiedziała:
- Usiądź, proszę.
- Usiadłem.
Przysunęła do prawej bocznej poręczy fotela krzesło i
położyła na nim zapałki i popielniczkę. Po czym ustawiała naprzeciw fotela, w odległości jakichś czterech
metrów, drugie krzesło i usiadła też. Przez chwilę patrzyła na mnie w milczeniu. Było
w tym przestrzeniu coś z tego, jak kiedy się stoi na nabrzeżu portowym i się patrzy na
wolno sunący ku kei statek, ale jest on jeszcze daleko i bez małej lornetki nie można
rozróżnić twarzy stojących na mostku pasażerów. Coś takiego.
- Zapal sobie – powiedziała.
Sięgnąłem posłusznie do kieszeni bluzy, wyciągnąłem z paczki papierosa i zapaliłem.
Dziewczyna siedziała prosto, opierając się plecami o tył krzesła; stopy i kolana miała
mocno zwarte; na kolanach – w miejscu gdzie kraj sukienki - splecione palcami dłonie.
- Mam ci coś do powiedzenia. Zechciej mnie wysłuchać.
- Zamilkła, spojrzała w okno i znowu na mnie. Ja paliłem i patrzyłem na to
wszystko poprzez snujący się fantasmagorycznie dym palonego papierosa.
- Jesteś mężczyzną; ja , jak widzisz, jestem kobietą.
I uśmiechnęła się. Miękko , ale nie kocio. Kobieco, ale nie zalotnie.
Choć może zalotnie, ale jakoś nieprzewrotnie. I nieznacznie. Bardzo delikatnie.
Mnie - co starałem się widzieć wszystko, każdy najmniejszy nawet szczegół mogący
być mi pomocny w kontrataku na powszechną i co dzień, i co krok nachalną wulgarność
świata - bardzo się ten śmiech spodobał i spróbowałem odwzajemnić się dziewczynie
uśmiechem podobnym.
- Jestem kobietą – podjęła dziewczyna – i...jak by ci to powiedzieć...no, normalną
kobietą.
Jeżeli to prawda, to dobrze – pomyślałem. To bardzo dobrze. Bo w ten sposób jest już
nas przynajmniej dwoje normalnych w tym nienormalnym , chorym świecie.
- Wszystko , co powiem, to prawda – powiedziała, jakby nie wiem jakim zmysłem
wyczuwając, że o tym , właśnie przed sekundą myślałem.
- Co ty o tym wszystkim myślisz pomyślisz, to twoja sprawa, ale musisz mi wierzyć.
- To dla mnie bardzo ważne. Musisz uwierzyć.
- Kiwnąłem głową.
- Jestem normalną kobietą – podjęła dziewczyna – ale od pewnego czasu, od
dłuższego czasu nie ma w moim życiu żadnego mężczyzny. Mogłabym mieć,
wybacz mi ten zwrot, ale nie chciałam. Nie tylko dlatego nie chciałam, to też ci chcę
powiedzieć, że brzydzę się tą grą., tym łaszeniem się, tym podchodzeniem,
tym skradaniem się ...
- Tymi ociekającymi słówkami, tym ociekającym wzrokiem, tą ociekającą śliną
- dodałem w myśli.
- ...Kiedy widzę - podjęła - jak to robią inni, czy to mężczyźni , czy kobiety,
kiedy jestem przypadkowym świadkiem albo niekiedy obiektem, to nie wiem..
chciałabym się schować pod stół albo zniknąć nagle wyparować, żeby tego nie
oglądać. A czasami to ... czasami to muszę wyjść do łazienki, bo robi mi się
niedobrze. Nachodzą mnie wymioty.
- Niesamowite - pomyślałem. chyba po raz pierwszy słyszę kogoś, kto mówi o
tych sprawach tak, jak ja bym o tym mówił. Niesamowite.

- - Ty nie skradasz się...Pomyślałam najpierw, ze może jesteś w kimś zakochany,
ale potem pomyślałam, ze nie, skądże, że gdyby tak było, gdybyś ty był zakochany,
toby to było napisane na twojej twarzy, zapalone w twoich oczach, wyryte w
twoich ruchach, w całym twoim zachowaniu, i ja musiałabym to zobaczyć i bym się
nie ośmieliła mówić ci tego , co mówię, i powiedzieć tego, co mówię, i powiedzieć
tego, co powiem. Co może uda mi się powiedzieć.

Jak pięknie mówi ta dziewczyna – pomyślałem. Gdybyś ty był zakochany – mówi, toby
to było widać – mówi. Myślałem właśnie kiedyś o tym, kiedyś tam, wieki temu, kiedy
byłem raz w życiu zakochany, że jak się to dzieje , że druga płeć tego nie widzi, nie
czyta na mojej twarzy, w moich oczach, w całym moim zachowaniu, że jestem przecież
zakochany i jeżeli idzie o to, to nie ma o czym mówić, wszystko jest jasne. Ale oto
jednak jak gdyby tego nie widziała druga płeć i zaczynała się niekiedy ta cała gra, te
sztuczki sławetne a do cna ograne, to przewracanie oczami, to błyskanie dekoltem, te
kołysanie biodrami i tak dalej.

Zaraz....albo może właśnie dobrze wiedziała druga płeć, dobrze czytała z mojej
twarzy i z moich słów to, co się dzieje w moim sercu, o to ją właśnie, drugą płeć,
jeszcze więcej podniecało. Ekscytowało, jak to się mówi. Może też drażniło. Złościło.
Znieważało. Być może. Być bardzo może. Być bardzo może na pewno. Bo to już nie
chodziło wtedy tylko o zdobycie mężczyzny; o zdobycie partnera, o zdobycie samca na
jedną nocną godzinę lub na jedną dzienną godzinę , czy na kilka tych lub tamtych
godzin.

Tu chodziło o coś więcej w takich razach: o pognębienie nieznanego konkretnego
egzemplarza własnego rodzaju, tej drugiej kobiety, w której dany mężczyzna śmie się
kochać i śmie tę miłość jawnie obnosić.
Obnosić w obliczu innej kobiety, w obliczu tej, co przed nim stoi i co się niechybnie
uważa za pierwszą kobietę , za pierwszą kobietę i w jakiś sposób za jedyną.

- Mogę mówić dalej ? – spytała dziewczyna.
- Uniosłem opuszczoną głowę i spojrzałem na nią trochę zdziwiony z miną
pytającą „czy cos się stało ?”.
- Nie . Nic się nie stało – powiedziała. – tylko widziałam , że się mocno
zamyśliłeś, i nie chciałam ci przeszkadzać.
- Ta dziewczyna jest coraz więcej niezwykła – pomyślałem.. Kto ją obdarzył
taka delikatnością? Musi jej być bardzo nie lekko. W życiu tym, w świecie tym.

- Więc, wybacz mi znowu ten zwrot, mogłabym mieć mężczyzn. Kobieta, jeżeli
nie jest szczególnie upośledzona przez los, a już jeżeli jest jako taka ładna, może
mieć bez większego trudu każdego mężczyznę...
- Prawie każdego – sprostowałem w myśli.
- - ....prawie każdego – sprostowała głośno dziewczyna. – Ja , dzięki Bogu, nie
jestem upośledzona przez los mam jakąś tam swoja urodę...która...nie wiem, czy ci
się podoba...

Zaciągnąłem się głęboko kończącym się papierosem i w ten obłok dymu, który wypuściłem
szeroko otwartymi ustami, zanurzyłem wolno i twierdząco głowę, odchylając ja najpierw
do tyłu, a potem pochylając w dół i lekko do przodu. I po chwili uniosłem . Dziewczyna
uśmiechnęła się jakoś tak wzruszająco i teraz ona z kolei pochyliła wolno głowę w dół i
sporą chwilę tak trzymała pochyloną. (Włosy miała rude o jakimś takim odcieniu, co się
może tylko przyśnić) .Pomyślałem, że moja niema, ale twierdząca odpowiedź na jej
mimochodem zadane mi pytanie była jej potrzebna albo wręcz nieodzowna, żeby mogła
mówić dalej. Ale pomyślałem jeszcze, ze gdybym jej nie odpowiedział, gdyby zabrakło tej
mojej niemej odpowiedzi , to inny byłby dalszy ciąg jej opowieści. Inne padłyby z jej ust
dalsze słowa. Nie te, które - nie wiem jakie – za chwilę się potoczą.

- Tak, mogłabym – podjęła., i znów na chwilkę przerwała, i znów po chwili
podjęła:
- Ale nie chcę. Bo jeszcze więcej niż tej gry , wiesz, to brzydzę się mnogości.
Wielości. Brzydzę się. Fizycznie i nie tylko fizycznie. Ja nie jestem wieloma
kobietami. Jestem jedną kobietą i chcę być jedną. I nie chcę wielu mężczyzn. Chcę
jednego. Chciałabym. Rozmawiam nieraz z koleżankami, tak ogólnie, ale trochę to
o tym wiem, i one mówią: „Trzeba mieć zdrowy stosunek do tych spraw”.
- Zdrowy stosunek według nich to spać z każdym mężczyzną, który się podoba,
który jest przystojny albo miły, ujmujący, albo który kobiecie czymś imponuje,
szybką jazdą na motorze, szampańskim wydawaniem pieniędzy albą grą na gitarze,
albo czymś w tym rodzaju.
- Jeżeli to jest zdrowy stosunek, to mój jest chory. Ale ja nie myślę, że mój jest
chory/ Nie mogę, a nawet gdybym mogła, nie chcę spać z wieloma mężczyznami, z
drugim , z trzecim, piątym. Z jednym chciałabym. I nawet tańczyć nie chcę z
wieloma.
- Nie chcę się ocierać o wiele męskich ciał. Nie wiem, co o tym pomyślisz, ale
powiem ci, że ja nie widzę dużej różnicy pomiędzy zatańczeniem z mężczyzną a
położeniem się z nim do łóżka. Na pewno można na to spojrzeć inaczej, nie tak
drastycznie, jak powiedziałaby moja koleżanka, ale ja tak to widzę i mówię ci to, bo
chcę ci powiedzieć. Żebyś wiedział o mnie. Choć ja o tobie to, tak naprawdę, nie
wiem nic. Widzę cię po raz drugi wżyciu i wszystko, co myślę o tobie, to sobie
wyobraziłam.
- Ciekawe, kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz – pomyślałem. I gdzie to było. Nie
mogę sobie przypomnieć.

- Pierwszy raz zobaczyłam cię przelotnie. Ty na pewno nawet nie wiesz gdzie i
kiedy. To dziwna historia, bardzo ładnie dziwna, o której ci kiedyś może opowiem.
- Przerwała, spojrzała w okno i znowu na mnie.
- Tak,, wszystko , co myślę o tobie , to sobie wyobraziłam . No, trochę mi
dopomogli w wyobrażeniu sobie ciebie tacy różni ludzie. Dopomogli mi w tym
sensie, że mówili o tobie niezbyt przychylnie lub wręcz źle. Lub wręcz wrogo. I to
mnie właśnie ucieszyło. Gdyby mówili o tobie dobrze, to by mnie właśnie zmartwiło.
Naprawdę.
- Bo ja ich trochę znam, w każdym razie znam na tyle, że wiem, że ci ludzie nie
mogą mówić o tobie dobrze. Jeżeli jesteś taki,, jakiego ja sobie wyobraziłam, to oni
mogą o tobie mówić tylko źle. Tak też mówili i to mi się zgadzało. O mnie też
opowiadają różne nie budujące rzeczy tylko dlatego, że myślę o pewnych sprawach
inaczej niż oni. Ale co tam. To wszystko głupstwa, o czym wiesz lepiej ode mnie.

- Przerwała i znowu spojrzała w okno. Ja wyciągnąłem z paczki papierosa,
zapaliłem i myślałem: skąd ta dziewczyna wie takie różne rzeczy: małe i duże?
I kim jest ? kiedy i gdzie, przelotnie , jak mówi , pierwszy raz się spotkaliśmy ?
We śnie jakimś ?
- Lubię patrzeć , jak palisz – powiedziała. – Dym cię leciutko osnuwa, ale
pomimo to jesteś dla mnie wtedy bardziej realny lub raczej: mniej nierealny.
- Zupełnie nie wiedziałem, jak po tych jej słowach się zachować, i spróbowałem
jakoś tam się uśmiechnąć.
- Wiesz , temu jednemu mężczyźnie chciałabym dać, tak zwyczajnie, tak
najzwyczajniej w świecie – jak podarunek imieninowy czy urodzinowy – całe moje
życie. Bez reszty. Chciałabym być z nim i podróżować z nim – i czekać na niego
wtedy, kiedy nie mógłby mnie ze sobą zabrać. Chciałabym dla niego utrzymywać
dom w czystości i robić zapasy na zimę, kompoty, konfitury, marynować grzyby ,
kwasić ogórki, butelkować szczaw, pomidory, kisić kapustę i inne wspaniałości.
Chciałabym mu zrobić na drutach albo na szydełku długi długi szalik i ciepły
sweter, i ciepłe rękawiczki, i ciepłą czapkę, bardzo ciepłe skarpety, i w ogóle. Bo to
tak jest, że dla siebie, owszem, można coś tam zrobić, ale dla drugiego człowieka to
już można coś niesamowicie pięknego zrobić, wszystko. Wszystko. I, czy ja wiem....
może jutro zgaśnie Słońce, przecież może: albo nam je przesłoni, na zawsze, jakiś
straszny potworny grzyb...Przecież może.
Jakże niesamowicie mówi ta dziewczyna – pomyślałem. Jakim sposobem ona uchowała
się i uchowała takie myślenie niemodne w świecie tym, wśród ludzi tych, którzy – sami
nie potrafiąc tak mocno i prosto kochać - wszystko robią, żeby taką miłość poniżyć
pognębić zhańbić zdeptać zniszczyć zamordować ( bo inność drażni jednakowość).
I specjalne obyczaje w tym niszczycielskim morderczym celu stworzyli, specjalną
filozofię, specjalną sztukę, specjalnych specjalistów-artystów, cały specjalny świat.
I, no tak, no tak, przecież może jutro zgasnąć Słońce albo może nam je przesłonić jakiś
straszny potworny grzyb. Na zawsze, jutro, pojutrze, na zawsze, przecież może się to
stać.

- I wiesz – podjęła ona – może to dla ciebie oczywiste, ale też ci chcę o tym
powiedzieć, powiedzieć wprost, że jestem za wiernością, za wiernością absolutną....
Wolny ptak jest najwierniejszym stworzeniem tego świata - powiedziałem do siebie w
myśli. Ale nie bardzo wiedziałem, po co mi się to zdanie w myśli powiedziało, ani nie
wiedziałem , co to zdanie - w całej swojej rozciągłości, w całej swojej skrzydlatości
oznacza.
- ...i temu jednemu mężczyźnie byłabym oczywiście absolutnie wierna. W ten
sposób, w ten chyba jedyny sposób byłabym też sobie wierna. Byłabym taką, jaką
chcę być i jaką naprawdę jestem. Ja to wiem. Ja to czuję. Ten mężczyzna by
mi pomógł w tym, by mi pomógł taką a nie inną być, a ja bym się starała tak samo we
wszystkim mu pomóc. Bo, myślę, że na pewno bym mu w niczym nie przeszkadzała.
Ogromnie ciężko jest o takich sprawach mówić i ogromnie niezręcznie. I raczej nie
powinno się zapewniać o czymś, bo to wtedy właśnie wygląda podejrzanie.
Przerwała, zaczerpnęła głęboko powietrza i znowu spojrzała w okno, jak gdyby dając
mi w ten sposób możność ochłonięcia po każdej fali wynurzeń, a sama jak gdyby
czerpiąc stamtąd, z okna lub zza okna, jakiejś potrzebnej jej siły.
Patrzyła w okno, a ja patrzyłem na nią, na jej profil i myślałem: sercem nie mógłbym, bo
serce miałem kiedyś jedno i mi się potrzaskało straszliwie i doszczętnie, i nie udało się
pokleić skorupek tego dzbanka, ani łzami – tym klejem białym , ani krwią – tym klejem
czerwonym, i tak nie mam serca, nie mam , więc sercem nie mógłbym, ale mógłbym taką
istotę pokochać SIŁĄ WOLI. SIŁĄ WOLI pokochać istotę taką mógłbym
Skąd ona wzięła się, ta dziewczyna, tu, przede mną, prawie na wyciągnięcie ręki, ona,
co jest taka, jak gdyby ją stworzyła jakaś niewysłowiona rozdzierająca tęsknota, już nie
serca tęsknota, ale czegoś innego, nie wiem czego... Ducha tęsknota. Moja tęsknota.

Dziewczyna odwróciła oczy od okna i spojrzała na mnie. Ale dalej milczała. Patrzyła.
Było w tym patrzeniu znowu to, co było na początku, kiedy zaczęła do mnie mówić,
coś z tego jak kiedy się stoi na nabrzeżu portowym i się patrzy na wolno sunący ku kei
statek, ale jest on jeszcze trochę daleko i stęsknionymi nagimi oczami, bez pomocy
lornetki, nie można rozróżnić rysów twarzy stojących na mostku pasażerów. Milczałem
jak ona. Zdałem sobie nagle sprawę, że przez – ten – cały - czas nie powiedziałem
ani jednego słowa.
- Zadam ci teraz jedno pytanie – odezwała się w pewnej chwili. – I więcej niż
już nic nie powiem.
- A ja wtedy poczułem, jak po karku przeszedł mnie dreszcz, przebiegł prąd i
zaraz potem – tak, jak nieraz chlusta ulewa po błyskawicy – poczułem, jak kropla
potu, jedna kropla potoczyła się od karku w dół po plecach..
Bo wiedziałem, jakie to będzie pytanie, bo naraz zrozumiałem wszystko i zdziwiłem
się, ogromnie się zdziwiłem, że nie zrozumiałem tego od razu, prawie od samego
początku. Absolutnie nie pojmowałem, jak się to mogło stać.
Ona pochyliła głowę, nisko, prawie dotykając czołem kolan, chwilkę tak ją trzymała, po
czym wyprostowała się , spojrzała na mnie, znowu zaczerpnęła głęboko powietrza,
rozplotła dłonie, zwiesiła ręce po obu stronach krzesła, potrząsnęła głową i znowu
odwróciła ją w stronę okna, jak gdyby prosząc stamtąd o jeszcze trochę sił.
Chciałem jej pomóc, chciałem powiedzieć wypowiedzieć wykrztusić wyjąkać to zdanie,
to jedno zdanie, ale nie mogłem wydobyć głosu, uwiązł mi w gardle, tak
niewypowiedzianie byłem wzruszony tym wszystkim, tym, co mnie tutaj spotkało,
czego dane mi zostało wreszcie doczekać po sześciu latach, po sześciu nieskończenie
długich latach czekania na cud, w którego zdarzenie się , wydarzenie się nigdy nie
przestałem do końca wierzyć, choć dni płynęły; dwa tysiące dni, i noce płynęły, dwa
tysiące nocy, i rzeki płynęły, dużo dużo rzek, meandrami – meandrami, i ja szedłem
wzdłuż tych rzek, to w górę, to w dół, jak duch, jak duch.
Więc chciałem teraz wyjąkać do niej to zdanie, to pytanie: „Czy mógłbym być tym
mężczyzną ?”, ale nie mogłem dostać się do własnego głosu, nie mogłem dostać się do
tego zdania i je wydobyć, wydostać z podziemi na powierzchnię tego nowego
stworzonego przez nią świata, i tak to niemy zaniemówiony zaczarowany – tylko
patrzyłem na nią, a ona odwróciła w końcu głowę od okna i ja wstrzymałem oddech, a
ona powiedziała wolno cicho wyraźnie:
- - Czy chciałbyś być tym mężczyzną ?
Nie odwróciła głowy już tym razem oczu do okna, tylko patrzyła na mnie dalej, jak
gdyby spojrzeniem swoim pomagając słowom swoim, żeby może nie zawróciły z drogi,
popychając je, żeby szły prosto do tego zakamarka we mnie, do tego kosmicznego we
mnie schronu, gdzie chowałem ten promyk, tę promykową moją wiarę, że wydarzy się
cud, że na pewno wydarzy się i one , te słowa, dotarły tam, i to było tak, jak gdyby
zaczął sypać na mnie różowy jakiś śnieg, i czułem , jak od gardła w dół, do brzucha
zalewa mnie jakieś ciepło i czułem, jak kruszą się we mnie jakieś wielkie i twarde granitowe
skały, całe wielkie góry i rozpadają się łagodnie, rozsypują się miękko tkliwie bezgłośnie....
Uniosłem się z fotela i zacząłem wolno iść ku niej wpatrzony w jej oczy, a ona w moje
(w miarę jak się zbliżałem, ona unosiła wolno głowę, i to było tak, jak gdyby jej
spojrzenie odgarniało na boli powietrze przede mną, żeby mi było łatwiej iść, lżej):
doszedłem i stanąłem przed nią, o krok od niej i wolniutko zgiąłem kolana, i ukląkłem
przy jej stopach (jej głowa, w miarę jak się schylałem, też pochylała się w dół;
niewymownie patrzyliśmy sobie w oczy nasze ), i wolniutko uniosłem ramiona , żeby
objąć jej nogi, i zobaczyłem, nie odrywając oczu od jej oczu, zobaczyłem kącikami oczu,
jak ona też podnosi zwieszone po obu stronach krzesła ręce, żeby objąć moja głowę, tak,
na pewno po to, żeby objąć moja głowę i...gdzieś wtedy, gdzieś wtedy, a może jeszcze
ułamek sekundy potem, a może jeszcze ułamek sekundy po tym ułamku sekundy, ale
przed tym następnym ułamkiem sekundy, kiedy już mieliśmy się dotknąć.......
rozległ się głośny trzask.

Się otworzyło oczy i prawie jednocześnie się poderwało na posłaniu, z pozycji leżącej
do siedzącej, i – prawie też jednocześnie – się sięgnęło po czuwający u wezgłowia nóż.
- Nie powie mi pan chyba , że śpi pan zawsze sam?! –pół – zapytał, pól – oznajmił
kiedyś ktoś.
- Nie. Zawsze to śpię z nożem na podorędziu - się odpowiedziało w pełni
oznajmująco.
Przez otwarte okno, gwiżdżąc dziko przeciągle żałobliwie , wpadł do izby wiatr.
Na dworze, w ciemnościach nocy, hulała przedwiośniana wichura. Jak zawsze po
przebudzeniu, się zaczęło zastanawiać nad topografią: gdzie się jest? co to za kwatera?
jak wieś? jakie miasto? jaki kraj ? jaki kontynent? (raz, kiedyś tam, po dziwny śnie, się
pomyliło; jak planeta/). Mocniejszy podmuch wiatru uderzył ramami okna o ściany i ten
głośny trzask przypomniał tamten trzask, i ten tamten trzask przypomniał wszystko.
Się zwlokło się z posłania, podeszło do okna, chwyciło mocno rękami za obie ramy, żeby
się nie huśtały pod naporem wichru, i z wysokości tego pietra się spojrzało w noc. Usta
się miało zacięte. I zęby. Aż do bólu.
W pewnej chwili:
- Chcę - się powiedziało cicho w noc i w same usta wiatru.
- O po chwili się powtórzyło głośniej;
- Chcę.

Jeszcze chwile się stało i potem się zamknęło okno. Się wiedziało, że się już na nowo
nie zaśnie, i że zbliżyło się do kontaktu, żeby zapalić światło. Ale nie. Się przysiadło
na brzegu łóżka, sięgnęło po papierosy, co obok na taborecie, ale też nie. Się wyraźnie
czuło w ustach cierpki smak tych dwóch papierosów dopiero co wypalonych, podczas
gdy się słuchało tego wszystkiego, tego wszystkiego, co ona mówiła. Się pomyślało...i
się pokiwało głową. I jeszcze raz pokiwało głową. I jeszcze raz. I jeszcze. Bo się
niesamowicie pomyślało. Się pomyślało, że ...gdyby się nam wtedy we śnie udało siebie
dotknąć, to nie przebudziłby mnie ten głośny trzask okna otworzonego nagle w środku
nocy gwałtownym podmuchem wichury. Ani ten trzask, ani żaden inny dźwięk tego
świata. Albo...się przebudziłoby się, ale ...razem z nią, razem z nią, razem z nią.
Z rękami obejmującymi jej kolana i z jej dłońmi na mojej biednej głowie.





GŁÓWNA