WIERSZE
WISŁAWY SZYMBORSKIEJ

-Nic dwa razy-
Nic dwa razy się nie zdarza
i nie zdarzy. Z tej przyczyny
zrodziliśmy się bez wprawy
i pomrzemy bez rutyny.
Choćbyśmy uczniami byli
najtępszymi w szkole świata,
nie będziemy repetować
żadnej zimy ani lata.
Żaden dzień się nie powtórzy,
nie ma dwóch podobnych nocy,
dwóch tych samych pocałunków,
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.
Wczoraj, kiedy twoje imię
ktoś wymówił przy mnie głośno,
tak mi było, jakby róża
przez otwarte wpadła okno.
Dziś, kiedy jesteśmy razem,
odwróciłam twarz ku ścianie.
Róża? Jak wygląda róża?
Czy to kwiat? A może kamień?
Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś - a więc musisz minąć.
Miniesz - a więc to jest piękne.
Uśmiechnięci, współobjęci
spróbujemy szukać zgody,
choć różnimy się od siebie
jak dwie krople czystej wody.

-Męskie gospodarstwo-
Należy do tych mężczyzn, co wszystko chcą robić sami.
Trzeba go kochać łącznie z półkami i szufladami,
z tym, co na szafkach,w szafach i co spod szafek wystaje.
Nie ma rzeczy, co nigdy na nic się nie przydaje.
Świdry, młotki, obcęgi, dłutka, tygle i fiolki,
kłęby sznurków i sprężyn, i druty od parasolki,
powyciskane tubki, pozasychane kleje,
słoiki duże, małe, w których coś tam mętnieje,
asortyment kamyków, kowadełko, imadło,
budzik, a dookoła to, co z niego wypadło,
martwy żuk w mydelniczce, prócz tego ta pusta flaszka,
na której własnoręcznie wymalowana jest czaszka,
listwy krótkie i długie, wtyczki, uszczelki, klamry,
trzy piórka kurki wodnej znad jeziora Mamry,
kilka korków szampana uwięzłych w cemencie,
dwa szkiełka osmalone przy eksperymencie,
stos deszczułek i sztabek, kartoników i płytek,
z których był albo będzie przypuszczalny pożytek,
jakieś trzonki do czegoś, skrawki skór, strzępy koca,
mnogość kluczy i gwoździ, i bardzo chłopięca proca ...
A gdyby - zapytałam - wyrzucić stąd to czy owo?
Mężczyzna, którego kocham, spojrzał na mnie surowo.

-Rymowana rozprawa
o wyższości Sarmatów nad inszymi nacjami
tudzież o słusznej karze na zatwardziałych,
którzy tego poglądu nie podzielają-
Kto powiedział, że Anglicy uczęszczają do teatrów,
tego rąbnę po przyłbicy pod kościołem Bonifratrów.
Kto powiedział, że Francuzi pija kawę z filiżanek,
temu pierwszy dam po buzi pod świątynią Felicjanek.
Kto powiedział, że Łotysze używają ludzkiej mowy,
z listy zdrowych go wypiszę pod murami Częstochowy.
Kto powiedział, że Kazbecy są mądrzejsi od baranów,
temu sam sflekuję plecy pod klasztorem Salezjanów.
Kto powiedział, że Hiszpanie noszą czasem jakieś buty,
uzębionym być przestanie pod dzwonnicą świętej Ruty.
Kto powiedział, że Bułgarzy mają coś w rodzaju duszy,
temu przykrość się wydarzyw studni Braci Templariuszy.
Kto powiedział, że Japońce rozmawiają przy herbacie,
temu utnę wszystkie końce w szczebrzeszyńskiej kolegiacie.
Kto powiedzieć śmiał, że Żydzi mają krewną Miriam w raju,
temu życie tłum obrzydzi pod figurą na rozstaju.
Kto powiedział, że Jankesi zwykli wstawać o poranku,
tego nawet cud nie wskrzesi u Pijarów na krużganku.

-OD WÓDKI-
Od wina wszędzie łysina.
Od samogonu utrata pionu.
Od whisky iloraz niski.
Od żytniówki dzieci półgłówki.
Od koniaku finał na haku.
Od likieru, równyś zeru.
Od bourbona straszna śledziona
Od martini potencja mini.
Od rumu pomruki tłumu.
Od drinka czarna godzinka.
Od cinzano konwulsje rano.
Od sherry nogi czterry.
Od brandy swędzenie wszędy.
Od palinki wstrętne uczynki.
Od calvadosu wartyś donosu.
Od maraskino spadaj rodzino.
Od pejsachówki pogrzeb bez mówki.
Od borygo uschniesz łodygo.
Od alaszu byt w rozgardiaszu.
Od siwuchy w brzuchu rozruchy.
Od xeresu bieg do sedesu.
Od absyntu zanik talyntu.

-PODSŁUCHAŃCE"Na ławeczce"-
Na początku podobały mi się wszystkie kobiety:
grube, chude, starsze, młodsze, blondynki, brunetki.
Potem zacząłem trochę przebierać -
raczej młodsze, raczej blondynki
niż brunetki, a najlepiej szatynki,
szczupłe, ale nie kościste.
Jeszcze później zacząłem gustować
w przyćmionych lampkach,
cichej muzyce, cienkiej bieliźnie
i dwóch kieliszkach dobrego wina na stoliku.
Myślałem, że mi się smak coraz bardziej sublimuje,
a to były początki impotencji ...

-PODSŁUCHAŃCE-
W pociągu--
Panie konduktorze, co się stało?
Już ponad dwie godziny w tym polu stoimy.
Gdzie my właściwie jesteśmy?-
Jak to gdzie? W wagonie.
W kawiarni--
Zbyszek to nawet wygrał obraz,
duży, taki raczej nowoczesny.
Zaraz go u siebie powiesił.
Ale ja patrzę - słuchaj,
on chyba wisi do góry nogami.
Tośmy go obrócili i tak już zostało.
Ale czasem mi się zdaje,
że on teraz wisi jeszcze bardziej do góry nogami.
Z radia--
Zboczeńcy napadają tylko kobiety.
No, chyba że któryś jest nienormalny.
Na spacerze--
Lenina nie wszystko przeczytałem.
Bo zresztą on też nie wszystko napisał.

-Sen nocy letniej-
Już las w Ardenach świeci.
Nie zbliżaj się do mnie.
Głupia, głupia,
zadawałam się ze światem:
Jadłam chleb, piłam wodę,
wiatr mnie owiał, deszcz mnie zmoczył.
Dlatego strzeż się mnie, odejdź.
I dlatego zasłoń oczy.
Odejdź, odejdź, ale nie po lądzie.
Odpłyń, odpłyń, ale nie po morzu.
Odfruń, odfruń, dobry mój,
ale powietrza nie tykaj.
Patrzmy w siebie zamkniętymi oczami.
Mówmy sobie zamkniętymi ustami.
Bierzmy się przez gruby mur.
Małośmieszna para z nas:
zamiast księżyca świeci las,
a podmuch zrywa twojej damie
radioaktywny płaszcz, Pyramie.

-Przyjaciołom-
Obeznani w przestrzeniach
od ziemi do gwiazd,
gubimy się w przestrzeni
od ziemi do głowy.
Jest międzyplanetarnie
od żalu do łzy.
W drodze z fałszu ku prawdzie
przestajesz być młody.
Śmieszą nas odrzutowce,
ta szczelina ciszy
między lotem a głosem
- jako rekord świata.
Były szybsze odloty.
Ich spóźniony głos
wyszarpuje nas ze snu
dopiero po latach.
Rozlega się wołanie:
Jesteśmy niewinni!
Kto to woła? Biegniemy,
okna otwieramy.
Głos urywa się nagle.
Za oknami gwiazdy
spadają, jak po salwie
tynk spada ze ściany.

-Próba-
Oj tak, piosenko, szydzisz ze mnie,
bo choćbym poszła górą, nie zakwitną różą.
Różą zakwita róża i nikt inny. Wiesz.
Próbowałam mieć liście. Chciałam się zakrzewić.
Z oddechem powstrzymanym - żeby było prędzej -
oczekiwałam chwili zamknięcia się w róży.
Piosenko, która nie znasz nade mną litości:
mam ciało pojedyncze, nieprzemienne w nic,
jestem jednorazowa aż do szpiku kości.

-Chmury-
Z opisywaniem chmur
musiałabym się bardzo śpieszyć -
już po ułamku chwili
przestają być te, zaczynają być inne.
Ich właściwością jest
nie powtarzać się nigdy
w kształtach, odcieniach, pozach i układzie.
Nie obciążone pamięcią o niczym,
unoszą się bez trudu nad faktami.
Jacy tam z nich świadkowie czegokolwiek -
natychmiast rozwiewają się na wszystkie strony.
W porównaniu z chmurami
życie wydaje się ugruntowane,
omal że trwałe i prawie że wieczne.
Przy chmurach
nawet kamień wygląda jak brat,
na którym można polegać,
a one cóż, dalekie i płoche kuzynki.
Niech sobie ludzie będą, jeśli chcą,
a potem po kolei każde z nich umiera,
im, chmurom nic do tego
wszystkiego
bardzo dziwnego.
Nad całym Twoim życiem
i moim, jeszcze nie całym,
paradują w przepychu jak paradowały.
Nie mają obowiązku razem z nami ginąć.
Nie muszą być widziane, żeby płynąć.

-Sto pociech-
Zachciało mu się szczęścia,
Zachciało mu się prawdy
,
Zachciało mu się wieczności,
Patrzcie go!
Ledwie rozróżnił sen od jawy,
Ledwie domyślił się, że to on,
Ledwie wystrugał ręką z płetwy rodem
Krzesiwo i rakietę,
Łatwy do utopienia w łyżce oceanu,
Za mało nawet śmieszny, żeby pustkę śmieszyć,
Oczami tylko widzi,
Uszami tylko słyszy,
Rekordem jego mowy jest tryb warunkowy,
Rozumem gani rozum,
Słowem: prawie nikt,
Ale wolność mu w głowie, wszechwiedza i byt
Poza niemądrym mięsem, patrzcie go!
Bo przecież chyba jest
Naprawdę się wydarzył
Pod jedną z gwiazd prowincjonalnych.
Na swój sposób żywotny i wcale nie ruchliwy.
Jak na marnego wyrodka kryształu-
Dość poważnie zdziwiony.
Jak na trudne dzieciństwo w koniecznościach stada-
Nieźle już poszczególny.
Patrzcie go!
Tylko tak dalej, dalej choć przez chwilę,
Bodaj przez mgnienie galaktyki małej!
Niechby się wreszcie z grubsza okazało,
Czym będzie , skoro jest.
A jest- zawzięty.
Zawzięty, trzeba przyznać, bardzo.
Z tym kółkiem w nosie, w tej todze, w tym swetrze.
Sto pociech, bądź co bądź.
Niebożę.
Istny człowiek.
